poniedziałek, 28 lipca 2008
Jutro...
Jutro idę do szpitala. Termin porodu, a tu nic. Będę skazana na łaskę i niełaskę położnych i lekarzy :-(. Ale bardziej się martwię, że bez sensu będę musiała siedzieć w szpitalu, a moje słonko najukchańsze tutaj. Boże, jak o tym myślę, to już płaczę... Jak on to zniesie... Trzymajcie kciuki, żebym nie leżała tam dwa tygodnie, a na koniec i tak mnie potną, bo wtedy się wścieknę! To tyle, do zobaczenia za czas jakiś!!
wtorek, 15 kwietnia 2008
Wczorajszy...
... test obciążenia glukozą wyszedł źle... Załamałam się. Jakby mnie ktoś w twarz zdzielił i nie pozwalał podnieść się z gleby... Wczoraj piłam 50 g. Wynik na czczo: 81, godzinę po wypiciu: 161, norma do 140 :-(. Jutro powtarzam badanie z 75 g glukozy. Strasznie się boję... A jak wyjdzie źle? Czy czeka mnie kłucie do końca ciąży i jeszcze dłużej po 8 razy dziennie? Bardzo boję się o Maluszka. Z Fifim wyniki miałam idealne, a teraz? Boże, modlę się cały czas o cud - żeby jutrzejsze badanie dobrze wyszło. Trzymajcie kciuki!
środa, 19 marca 2008
Jest różnie...
... przyznam się bez bicia - raz jest lepiej raz jest gorzej. Mam chwilę, że chcę wyć do księżyca, mam ochotę chodzić w ciąży wiecznie, bo już wiem co mnie czeka i wcale mi się do tego nie spieszy, bo to żadne nowe doświadczenie, tylko kolejny raz ta sama "nuda". Nie zrozumiecie mnie i tak, i tego o co chodzi z tymi myślami, bo to nie jest tak, że ja tego Maleństwa w brzuszku nie kocham - KOCHAM GO OGROMNIE i strasznie się martwię, czy będzie zdrowy, czy wszystko będzie w porządku.  I zastanawiam się jak podołam wychowaniu dwóch mężczyzn. I że nie będę nigdy taką w 100% babcią bo synowe nie dają teściowym tak tego przeżywać :-(. Ehhh. Mam kupę stresa. Ale kocham tego szkraba ogromnie i modlę się, aby był zdrowy, aby wszystko było dobrze, aby nic złego się nie stało aż do szczęśliwego porodu... Jednocześnie patrzę na Fifcia mego ukochanego i się nim zachwycam! I zaraz pojawia się lampka ostrzegawcza "on tylko teraz jest taki fajny, później nie będzie cię kochał, nie będzie cię nawet lubił, a wogóle to kiedyś cię znienawidzi". Nie wiem skąd te wszystkie głupie myśli, skąd te wszystkie lęki. Chyba w końcu dotarło do mnie, że czeka mnie ogromna odpowiedzialność, którą ciężko realizować w XXI wieku, kiedy ledwo starcza od pierwszego do pierwszego i trzeba pracować, żeby jakoś było. Boję się, że nie będziemy mieć dla chłopców wystarczającej ilości czasu, że będą skazani na siebie, telewizor, komputer i szkołę - a to jak wiemy nie wychowuje, tylko wypacza! Ohh Boże - przerażona jestem po prostu i tyle. Ale gdzieś tam we mnie optymistycznie tli się nadzieja, że uda nam się, że chłopcy będą wspaniali, i może nawet będą mieć wspaniałe żony, które mnie - wstrętną teściową - będą kochać, a przynajmniej lubić, a nie nienawidzić lub być niechętne jak ja do własnej :-)... No nic - będzie dobrze (mam nadzieję) :-).
poniedziałek, 17 marca 2008
Będę mamą...

... drugiego chłopca!! Czyli sprawdziło się to co czułam i na co liczyłam!! Ahh jakie to niesamowite przeżycie to usg! Sama wypatrzyłam siusiaka! Nasz chłopak rośnie sobie zdrowo i mamy nadzieję, że tak pozostanie już do szczęśliwego rozwiązania, a póżniej na resztę życia :-). Podczas usg miałam niejedną chwilę wzruszeń. M. in. po zobaczeniu na ekranie wielkich jajec ;-) pomyślałam sobie co by powiedział Fifi jakby już umiał mówić i dowiedział by się, że będzie miał braciszka, a nie siostrzyczkę - jego radość była by ogromna. Stanął mi przed oczami obraz Filipka z dzisiejszego popołudnia jak się budził z południowej drzemki - i w tym momencie rozkleiłam się na maksa! Łzy polały się jak grochy, bo za nic na świecie nie zamieniła bym tego ukochanego, najcudowniejszego skarba na żadną dziewczynkę!! I bardzo się ucieszyłam nagle, że będę mamą dwóch takich "ogonków". W ogóle do teraz się cieszę. Boże, tylko żeby wszystko dalej było dobrze... A te wszystkie wtrącenia o siostrzyczce to w związku z tym, że wszyscy życzliwi, którzy dowiadywali się że to drugi chłopiec, kiwali głową z wyrazem żalu w oczach mówiąc mi "za trzecim razem się uda"... Ale co się uda? Nam już się udało! To takie dziwne, że można chcieć chłopców?! Ehh... Nie będę się rozpisywać :-).Po prostu sama przez chwilę zaczęłam myśleć, że może mam pecha, że to dwóch chłoców... Na szczęście szybko mi przeszło ;-).

A tak wogóle z tym pragnieniem dziewczynki, to chyba faktycznie tak jest, że każda kobieta podświadomie by chciała mieć kogoś w dorosłym czy starczym życiu, kto ją zrozumie, zaopiekuje się nią w razie "W" itd. Mam nadzieję, że uda mi się tak wychować chłopców, abym nie musiała się martwić o naszą starość. Kocham moich wszystkich 3 chłopaków ponad życie i już nic więcej dziś nie napiszę, bo z tych emocji kładę się spać! Papa!! 

poniedziałek, 07 stycznia 2008
Dnia dzisiejszego...
Zaczęłam tak bo nie chce zaczynać kolejnego wpisu od "dziś"... :-D. A więc dzisiaj razem z Krzysiem byliśmy podejrzeć sobie naszego malucha w brzuchu :-D. Wg. USG jest młodszy o 5 dni niż wg OM ale mam to gdzieś i chyba przestaje się stresować, bo normalnie momentami odchodzę od zmysłów. Fikał świetnie w brzuchu i pani doktor stwierdziła, że w porządku, więc mam nadzieję, że tak jest :-). Kocham Cię malutki dziabągu co siedzisz w moim brzuchu :-D. Podobnie jak Ciebie mój właśnie wchodzący mi na kolana Filipku :-). Kocham Was ogromnie i idę się z Tobą Fifi pobawić :-D.
poniedziałek, 31 grudnia 2007
Dziś w końcu...

... urodziła Marta. Kubuś przyszedł na świat w miarę szybko, nie męcząc za bardzo mamy. I pierwszy raz od urodzenia Fifiego obudził się we mnie żal, że Fifi nie urodził się siłami natury, że nie podołałam, że nie dałam rady, że mi się nie udało. Takie ot głupie rozumowanie - bo przecież nie miałam na to żadnego wpływu i jeszcze kilka minut porodu mogło skończyć się dla mojeggo synka tragicznie, a jednak gdzieś tam w środku obudził się taki żal... Martuś i Jacek - serdecznie Wam gratulujemy!! No i zzazdrościmy po cichu :-).

 

Ja na razie wciąż chora. I mimo tego, że Fifi wyzdrowiał na oko wczoraj i skończyłam mu podawać antybiotyk, to pewnie zaraził się ode mnie dziś katarem, bo potworny dopadł mnie w nocy :-(. Zaczynam się powoli załamywać - jaki wpływ to wszystko bedzie mieć na Maleństwo w brzuchu...? Zaczynam mieć obsesję, że na pewno nasz piksel jest chory, że na pewno coś się stanie i zaczynam się znów panicznie bać - czyli powoli ta ciąża zaczyna przypomniać poprzednią - tyle, że w tamtej nie działo się tyle niebezpiecznych rzeczy a ja po prostu byłam zestresowana. Modlę się, żeby wszystko było dobrze, żeby w końcu z tego wszystkiego wyjść i wogóle, ale nie wiem jak psychicznie wyrobię dalej.

 

Dziś Sylwester - czuje się podle z uwagi na chorobę. Może gdyby nie to, to posiedzielibyśmy przynajmniej do 23, a tak... pewnie o 21 pójdę spać w ciężkich nerwach czy wstanę jutro jeszcze bardziej chora... Ehhh. Dobra - już nie zanudzam. Szczęśliwego Nowego Roku! I trzymajcie kciuki, żeby dla nas ten Nowy Rok również był szczęśliwy :-) .

poniedziałek, 19 czerwca 2006
19 czerwca 2006 r. - 19 tc 5 dc

Już chwilę nic nie pisałam - to dlatego, że jestem chora... Zaraziłam się w końcu od Krzysia i tak to choruje własciwie od piątku po połuidniu do teraz. Cudem przechodzi mi gardło - najgorszy jest katar. Smarkam tak mocno i tak często, że napinają mi się wszystkie mięsnie brzucha. Od wczoraj od popołudnia brzuch boli mnie prawie non stop, jakoś tak dziwnie boli. Zaczynam się panicznie bać, że coś się stanie naszej Perełce najsłodszej. Modlę się, żeby te bóle przeszły... I katar zniknął... I żebyśmy już wszyscy byli zdrowi... Prosze Boże...

piątek, 16 czerwca 2006
16 czerwca 2006 r. - 4 rano...

Całą noc dzisiaj nie mogę spać - zdarza mi się to po raz pierwszy od bardzo dawna... Właściwie od ponad roku nie miałam czegoś takiego. Do godziny 1 w nocy nie mogłam zasnąć, od 3 nie mogę usnąć ponownie... Nie śpię. Czuje się fatalnie, strasznie się tym denrewuje... Mierzyłam temperaturę zaraz po przebudzeniu jak nie mogłam usnąć, bo mnie bardzo bolało gardło - 36,4... Takiej temperatury też nie miałam już bardzo dawno. Zaczynam się porządnie bać... Co się znowu zaczyna dziać?!... Ja już nie mam na nic siły... Boże - prosiłam Cię wczoraj żebyś pozwolił mi już być zdrową i radosną, przynajmniej na jakiś czas - dlaczego to nie może się spełnić?... Czy wymagam zbyt wiele... Chciałabym tylko być zupełnie zdrowa i dobrze funkcjonująca, a nie mogę. Załamuje się...

A wczoraj od południa było tak pięknie... Czemu ja nigdy nie mogę się niczym cieszyć dłużej niz chwilę...?

czwartek, 15 czerwca 2006
15 czerwca 2006 r. - 19 tc 1 dc

Dziś zaczynam 20 tydzień ciąży!! Zaczynam drugą połowę!! Cieszę się niezmiernie, chociaż oczywiście mój humor i radość mogą ulec zepsuciu... A mianowicie tak jak wczoraj pisałam - jak przyszedł Krzyś z pracy bardzo mnie zdenerwował. No to w nocy wkurzył mnie jeszcze bardziej. Zaczęło się od tego, że od poniedziałku dobrego słowa od niego nie usłyszałam tyklo non stop marudzi i ma minę jakby na kaktusie siedział curva cały czas. No ale nic. Znosiłam to dzielnie kładąc to na karb jego choroby. ALE DO CHOLERY JAK SIĘ CHORUJE TO TRZEBA COŚ ROBIĆ ŻEBY WYZDROWIEĆ, A NIE TYLKO MINĘ UDRĘCZONEGO PROSIACZKA I NA WSZYSTKO NARZEKAĆ!! A więc tak: po pierwsze po pracy, z której notabene wychodził 25 po trzeciej, zadzwoniłam do niego na komórkę, żeby jednak nie jechał dziś wybrać kasy i zapłacić mandat bo obiad mi się rozgotuje. Marudzenie: "Ale ja miałem właśnie dziś zapłacić. Bla bla bla" zbyłam lekko, że ma jechać prosto do domu. W końcu pierwszy raz od dawna gotowałam kalafior i co ja poradzę, że ugotował się szybciej niż przypuszczałam, a mandat do cholery już dwa miesiące opłacamy więc jak opłacimy dzień później to się nic nie stanie. No dobra. Wrócił. Ja misternie przygotowywałam obiad żeby świetnie wyglądał, a ten wchodzi, patrzy na kalafior i stęka "ło Jezu...". No nic - dalej ignoruje. Następnie mówię:

- Patrz jaką pyszną mam dla nas kolację! - i z niekłamanym entuzjazmem, pokazuje mu przydźwigany wielki kosz truskawek.

- To może zjemu jutro na obiad? - bez specjalnego entuzjazmu riposta.

- Nie wiem, czy jutro obiad będziemy jedli w domu.

- A gdzie mamy jeść?

- Nie wiem, może w Gliniku - zawieźlibyśmy kolejną część rzeczy bo remont już blisko.

- Zgupiałaś? Daj mi do cholery wyzdrowieć. Albo nie - ja mogę jechać - jako kierowca, a ty będziesz to wszystko dźwigać i zasuwać po 5 razy w te i spowrotem.

No i to ostatnie zdanie przewarzyło szalę. Tego już curva było za dużo. Całkowity brak wogóle jakiegoś szacunku. Zabrzmiało to tak jakby tylko mi zależało na tym dziecku, a on miał już to wszystko w dupie, bo teraz on biedny kaszle i trzeba się nad nim litować a ja mam sobie i ść i dźwigać. Rozpłakałam się, poszłam jeść przed komputer, a świni powiedziałam, że niech je jak chce, a jak mu nie pasuje to niech sam sobie obiad zrobi.

A teraz przedstawie o co mi chodzi (co przedstawiłam mu chwilę później zanim wyniosłam się z obiadem). Nie powiedziałam, że pojedziemy do Glinika na pewno. Powiedziałam "może" uzależniając to od tego jak Krzyś się będzie czuł. Ale co się okazało dziś - JAK SIĘ MA CURVA CZUĆ JAK NIE ROBI NIC ŻEBY CZUĆ SIĘ LEPIEJ?! Teraz śpi - ciekawe czy siedzenie prze komputerem w nocy do 4 rano go wyleczyło... Bo ja do cholery, żeby wyzdrowieć bez antybiotyku, to po pierwsze piję na zmianę herbatę z lipy i z czarnego bzu, inhaluje się, zasuwam mleko z miodem i czosnkiem, leżę w łóżku, ssam tabletki na gardło, a hrabia Krzysztof łyka syrop przeciw kaszlowy (który jak dobrze wiemy nie ma żadnych właściwości leczniczych a jedynie ma zapobiegać dalszemu podrażnieniu gardła przez kaszel) i cirrus na katar. No ch..j mnie szczelił dziś w nocy. Bo skoro ja się cały czas denerwuje, że się zarażę, ale znoszę tego curva marudzącego smętka z oczkami tak umęczonymi chorobą jak kot ze shreka, i przygotowuje mu jak pamiętam herbatkę, co wieczór mleczko z miodem i czosnkiem i latam koło niego na palcach, a ten ze swojej strony nic, to ja nie wiem. Od poniedziałku dźwigam ze sklepu ciężkie siaty bo ktoś zakupy musi robić, sprzątam, piorę, gotuje a tu nic - nawet pocałuj mnie w dupe za to tylko wieczne marudzenie "trzeba poodkurzać, nie lubie kalafiora, co to za syf itd". No a właśnie wczoraj po tej kłótni poobiedniej stwierdziłam, że zobaczę jak mój Krzyś chce się sam wyleczyć jak najszybciej żeby mnie nie zarazić. I NIC!! CURVA NIC!! Najdrobniejszego gestu - zero ziołowych herbatek, zero inhalacji, w nocy zero mleka z miodem, zero czosnku. I NAWET ZERO LEŻENIA W ŁÓŻKU!! Za to do 4 rano komputer... NO i teraz jest po 10 rano. Śpi jak zabity. A moja radość z początku drugiej połowy ciąży została niestety przytłumiona mocno przez tego jak się okazało wczoraj i dziś w nocy idiotę. Czekam na pójście do Kościoła. Wybieram się na 10.30. Chciałam iść z Krzyśkiem, ale po pierwsze śpi, a po drugie zaczęłoby się od marudzenia po co, czy nie mogę sama i wogóle. Bo on nie widzi potrzeby pomodlenia się za nasze Maleństwo ukochane aby druga połowy była równie udana jak pierwsza. Bo wogóle jak będę umierać jak albo nasze Maleństwo to Krzysiu się nie będzie modlił do Boga tyylko chyba do lekarzy konowałów żeby oni sprawili cud. No ale to jest kwestia na osobną dywagację, i nie będę się teraz nad tym rozwdozić. W każdym razie zależało mi na tym, żeby poszedł dziś ze mną do Kościoła, bo to akurat zaczynam drugą połowę ciąży i przypada takie piękne święto jak Boże Ciało, ale jak widać dupa zbita.

Dobra - kończę te żale - ciekawe czy w dzień skończą się wybuchem i się popłaczę. Spadam do Kościoła.

Maleństwo trzymaj się - bo widać jak się nie denerwuje chorobami to twój tatuś uważa że mi za dobrze i muszę się denerwować jego idiotyzmem i całkowitym brakiem empatii... No cóż...

14 czerwca 2006 r. - 18 tc 7 dc

Jakoś minął ten dzień. Na początku było rewelacyjnie, bo do przyjścia Krzysia czułam się świetnie. Jak przyszedł, a ja czekałam na niego z pysznym moim zdaniem obiadkiem (kalafiorek z masełkiem i bułką tartą, jajko sadzone i ogórki) to po prostu mnie tak wkurzył, że do 18 płakałam. Nie powiedziałam mu dlaczego, po prostu płakałam, a o 18 poszliśmy na spacer (oczywiście ja go wyciągnęłam). Po spacerze humor miałam trochę lepszy, ale daleko mu do ideału. Ok. 23.30 poszłam spać...

 
1 , 2