niedziela, 11 czerwca 2006
11 czerwca 2006 r. - 18 tc 4 dc

Czy może być dobrze? Czy mogę się czuć choć przez chwilę rewelacyjnie? Okazuje się, że MOGĘ!! Nie wiem co było tego przyczyną, ale wczoraj rewelacyjny miałam cały dzień!

Od samego rana - Krzysiu wstał kompletnie chory, ale pomyślałam sobie, że tym razem kij w oko - gardło drapało mnie bardziej, ale nie dam się sobie załamać. Przygotowałam leki dla Krzysia, przygotowałam porcję leków (czytaj wapno - witamina C, szałwia i tantum verde - czyli to co zwyczajowo codziennie stosuje na alergię) dla siebie i zdecydowałam, że świnka ostatecznie wyjeżdża do mamy, bo w końcu Misia mojego słodkiego dobije. Fakt tego, że w ciągu ostatniego 1,5 miesiąca misiek jest chory po raz 3 miał tu ogromne znaczenie. Było mi naszej Pipi niezmiernie szkoda. Patrzyłam na nią przy śniadaniu jak sobie słodko piszczała w swoim kojcu i zażerając trawę patrzyła na mnie słodkimi czarnymi mokrymi ślepkami, ale w końcu doszłam do wniosku, że przecież nie puszczam jej wolno na pożarcie kotom w trawie tylko wiozę ją do mojej Mamci, która przecież też ogromnie kocha świnki morskie i gdzie zresztą nasza mała Pipi będzie mieć jak w raju - codziennie świeża trawka, codziennie warzywka i owoce - i to zdrowe, bo własne. Tak więc po podjęciu decyzji ostatecznej pt.: "świnka wyjeżdża" oznajmiłam Krzysiowi, że wiem, że jest chory i czuje się fatalnie, ale robimy zorganizowaną akcję i zbieramy się do Glinika. Tak mnie poniosło w furii szykowania rzeczy do wywiezienia, że postanowiłam zapakować do samochodu pół dużego pokoju. I tak to poza świnką wzięliśmy: tą największą z możliwych paproć, asparagusa, fikusa, drzewko szczęścia i wszystkie kaktusy, których nie znosiłam oraz masę innych jakichś starych śmieciowatych rzeczy mamy. Powiedziałam, żeby sobie je przeglądnęła i zdecydowała co jest do wyrzucenia, bo na pewno wiele, skoro 20 lat leżały nieużywane. Schodziliśmy do samochodu kilka razy - tzn. ja trzy, bo wiadomo, że 4 piętro bez windy do mało forsujących nie należy, a Krzysiu chyba z 5. Samochód mieliśmy załadowany jak ruscy na handel, ale zdąrzyłam uprzedzić mamę i wytachała na górę pod garaż wózek. Dojechaliśmy jako tako i cudem unikając uszkodzenia jakiegokolwiek kwiatka i na dwa razy zebraliśmy się na dół. Muszę przyznać, że w ciąży zadyszka łapie mnie niewspółmiernie szybko do wysiłku... W Gliniku wszystko rozpakowaliśmy, przygotowaliśmy świnkę do pobytu u mamy, zjedliśmy obiad i pogadaliśmy z mamą, po czym zwinęliśmy manel do chaty. Po drodze wpadliśmy do reala na zakpuy. W domu byliśmy koło 19 więc czym prędzej zadzwoniłam do Kochusia, bo miałyśmy się dzisiaj spotkać. Kochuś wpadła 20 minut później i siedziałyśmy do 22.30. Rozbroiła mnie historią z kliniki o badaniu per rectum. Była z siebie bardzo dumna, że jako student udało jej się takie badanie przeprowadzić (nic dziwnego - Kaśce i Ulisesowi nie udało się chyba ani raz podczas studiów), przy czym oczywiście jak tylko zaczęła badanie, zrobiło jej się słabo i z obrzydzenia (?!) omało nie zemdlała, więc nie wyczuła żadnej powiększonej prostaty ani nic bo musiała się wycofać. Ale najgorsze jak jej wytłumaczyłam wcale nie spotkało jej, bo historia była taka, że rano rpzy obchodzie oni jako grupa studentów (12 szutk) szli klasycznie za panią doktor. Nagle pani doktor przy jednym z łóżek mówi: " O - to pan ma nowotwór jądra? Zgodzi się pan na badanie przez studentów?". Na to dziadek bądź co bądź, że tak. Niechętnie, ale poszedł z nimi do pokoju badań, klasycznie położył się, rozebrał i dawaj - 12 studentów maca go po jajkach. Uświadomiłam Kochowi, że już to nie było dla niego na pewno niczym przyjemnym, no ale w końcu zgodził się na takie badanie, więc jest ok. Dramatem tego pana było to co spotkało go chwilę potem. Wszyscy studenci w końcu skończyli macanko i pani doktor mówi do pana pacjenta: "Dobrze, dziękujemy, proszę się ubrać", gościu już z uczuciem ulgi naciąga gacie, a pani doktro: " Aha - to pan miał jeszcze tą powiększoną prostatę?!, cudownie! Proszę się rozebrać i połóżyć na brzuchu". I Tu gość przeżył upokorzenie swego życia - 12 studentów wtykału mu palec w tyłek, w dodatku kompletnie nie wiedząc, czego szukają bo 100% z nich robiło to badanie po raz pierwszy, więc przez około 20 minut robili gościowi z tyłka jesień średniowiecza. No nic - Kochuś w każdym razie była wstrząśnięta, bo ona nie uznaje obecności studentów ani stażystów przy lekarzu i powiedziała, że żadnemu by się w życiu nie pozwoliła ani oglądać ani tym bardziej przebadać. A dla mnie sytuacja była po prostu śmieszna, co uświadomiłam Ewelinie chwilę później. Ją obrzydziło przy tym badaniu? A co miał powiedzieć biedny gościu, który przyszedł do pokoju badań na macanie jąder a nie na gwałt zbiorowy - to raz. A dwa - pomimo tego, że oczywiście każdy miał rękawiczke zwilżoną środkiem przeciwbólowym, to przecież środek kiedyż przestanie działać - teraz gościu nie będzie mógł tydzień na tyłku usiąść, a co dopiero pójść do kibla na stolca - będzie to dla niego najboleśniejsze przeżycie życia... :-D No nic - wytłumaczyłam Kochusiowi, że tak to już jest na Klinikach - pewne gratisowe badania dostaje się w pakiecie. Jak u mojej siostry i Ulisesa. Tłumaczyłam Ewelinie, że czas jednak przestać się obrzydzać do badania per rectum, bo jest to badanie, które np.: Kaśka czy Ulises wykonują bardzo często u panów po 40-tce, którzy przychodzą z zapaleniem gardła, a gratis w pakiecie dostają ściągnięcie spodni i palec w tyłek - co oczywiście ich niezmiernie dziwi i pewnie jest to na wsi coś do czego w życiu nie przyznają się przed kumplami ani tym bardziej przed żoną i zaczynają unikać lekarza do kolejnych 42 stopni gorączki, ale może za kilka lat niektórzy z nich podziękują za uratowanie zdrowia albo życia. No nic - historia pana z kliniki w Bytomiu jednakże ubawiła nas tak, że humory miałyśmy wyśmienite do samego końca.

I tak to jak Kochuś poszła uświadomiłam sobie, że cały dzień czułam się właściwie świetnie. Wydaje mi się nawet, że moje maleństwo zaczyna kopać i boksować w brzuszku, co jest niesamowicie miłym uczuciem :-D. Zobaczymy jak uda mi się spędzić dzień dzisiejszy, bo jak na razie w nocy budziła mnie bezsenność, a teraz jest 7.45 rano - więc cały dzień przede mną. No nic - mam nadzieje, że będzie ok - w końcu czeka mnie sprzątanie po wczorajszym wynoszeniu kwiatków i świnki, a wogóle za oknem w miarę ładna pogoda więc pewnie też wyruszymy gdzieś na spacer - będzie ok. :-)

piątek, 09 czerwca 2006
9 czerwca 2006 r. - 18 tc 2 dc

Jak źle można się czuć?? Czy może być aż tak źle, że jest to nie do zniesienia? Czy lęk może aż tak przytłaczać? A więc może... Tak czułam się wczoraj w nocy i tak też czuje się dziś.

Nie potrafię zapanować nad strachem. Nie chciałam go dziś nakręcić - miało być tak pięknie - a jednak... Pierwsza wizyta w kibelku skończyła się roztelepaniem. Położyłam się spać dwie godziny temu żeby się wyciszyć i uspokoić - nic z tego. Zbudziłam się godzinę temu a 15 minut temu wstałam z łóżka (w tej chwili jest 15.10). Boje się wszystkiego... Czekam aż za 20 minut wróci Krzysiu - z nim zawsze jest jakoś raźniej.

Dostałam smsa od Agatki - Danusia urodziła! Ma piękną zdrową córeczkę. Jak ja im zazdroszczę - czy i ja będę mieć takie szczęście w listopadzie aby trzymać w ramionach swoje ukochane dzieciątko? O nic innego się nie modlę...

Za 2 godziny idę do ginekologa - do dr T. Kluza. Zobaczymy jak się będę czuła wychodząc od niego z gabinetu.

Aha - do mojego ogólnego złego samopoczucia związanego z przerażeniem z uwagi na ewentualny fakt zapalenia jelit bądź innej bakterii czy pasożyta bytujących w moim układzie pokarmowym dochodzi drapanie w gardle - i już mam wrażenie, że coś mnie rozkłada. A tak się starałam - ostatni tydzień dwa razy dziennie płukanie szałwią, lipa z miodkiem i cyntynką obowiązkowo raz, a co wieczór mleko z miodkiem i czosnkiem... Może to się jednak cofnie.

Strach jest ogromny... Paraliżuje działanie - jakiekolwiek. Nie zmusiłam się nawet do zrobienia obiadu - nie miałam sił poruszać rękami czy nogami. Mogłam tylko leżeć i się bać. Dlaczego tak się dzieje?... Czy mój nowy wyznaczony cel, aby dobrze czuć się w ciąży też jest nierealny? Nie wiem...


PS. A do godziny 12.00 było tak pięknie - pierwszy raz nie rozpłakałam się u pani psycholog, tylko twardo i dzielnie postanawiałam, że będę wdrażać w życie wszystkie wskazówki. Gdyby to było takie proste...



Po przerwie:

Byłam u nowego ginka - zupełnie inna bajka. Trochę mnie uspokoił i wogóle fajny bardzo. Co do moich wizyt raz na 2-3 tygodnie powiedział, że nie ma żadnego problemu ani zadnego przeciwskazania - dla mojego spokoju wszystko. Bardzo miły i ciepły facet, który na koniec wizyty już drugi raz złapał mnie za rękę i mówił żebym się o nic nie martwiła, że wszystko będzie dobrze. Pokrzepił mnie. Wyszłam od niego cała w skowronkach, i nawet swędzenie tyłka cudownie skończyło się koło godziny 19. ALe oczywiście jak to ja - gardło rozdrpało się mocniej. Zrobiłam przed chwilą inhalację, przepłukałam szałwią, łyknęłam syrop z sosny zrobiony przez moją mamcię, łyknęłam alitol w kapsułkach i popiłam ciepłym mlekiem z miodkiem. Zaraz łyknę łyżkę hydroxyzyny i pójdę spać, bo oczywiście fakt zainfekowanego gardła doprowadza mnie do drgawek. Ale przynajmniej wiem czego się boję - temperatury i antybiotyku - bo gdybym miała po nim mieć takie sensacje jak teraz i znów bać się zapalenia jelit i wogóle, albo co gorsza w końcu tego zapalenia dostać.... Wrrr.... Przestaję o tym myśleć. JUTRO BĘDĘ ZDROWA! (oby...)

Wogóle to widziałam moje maleństwo na USG - wspaniale patrzyło prosto na mnie z monitora - widziałam twarz, rączki, nóżki, serduszko... Uhhh - prawie się popłakałam. Kocham Cię moje maleństwo - rośnij zdrowo w brzuszku i nie przejmuj się mamy fanaberiami...

Misiu najsłodszy mój - Ciebie też kocham ogromnie - jesteś całym moim światem. Bez Ciebie nie było by mnie....

środa, 07 czerwca 2006
7 czerwca 2006 r. - 17 tc 7 dc

    Wczoraj podjęłam ważną decyzję - zmieniam ginekologa. Zadzwoniłam już do dr T. Kluza i zarejstrowałam się na piątek. Dobrze powiedziane, że lekarz ma być dla mnie a nie ja dla lekarza. Jeżeli zostawiam za wizytę 60 zł to oczekuję czegoś więcej niż tylko analizy czy mój mocz jest prawidłowy - tyle wiem jak odbieram wyniki z labolatirum. Nie mam nic do lekarza do którego chodziłam, nie zarzucam mu braku profesjonalizmu ani nic takiego - on po prostu nie jest dla mnie. Mi potrzebny jest ktoś kto rozwieje wszelkie moje wątpliwości. Mam nadzieję, że dr Kluz się sprawdzi. Wogóle mam nadzieje, że przy nim będę czuła się bezpieczniej.

    Wczorajszy dzień wogóle był taki jak zakładałam... Gdy skończyłam pisać roztrzęsło mnie na dobre i tak było aż do powrotu mojego ukochania. Misiu przytulił mnie, pogłaskał i wszystko zaczęło wyglądać o niebo lepiej. Zrobiliśmy razem spagetti (wyszło psiapyszne - w dodatku bardzo dużo i zamroziliśmy dwie porcje sosu na czarną chwilę, tj. na czas kiedy nie będzie nam się chciało robić obiadu) i bumelowaliśmy przed tv. W nocy znów mnie roztrzęsło, ale misiu już był - utulił, pogłaskał i jakoś udało mi się zasnąć. Kocham cię moje kochanie PRZEOGROMNISTO MOCNO - dokładnie tak jak przed chwilą napisałam ci na gg do pracy :-D.


10:17, viva1980
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 06 czerwca 2006
6 czerwca 2006 r. - 17 tc 6 dc
Wczorajszy wpis był robiony koło 11 rano. Reszta dnia była wprost bajkowa. Już dawno nie czułam się tak dobrze... Siedzieliśmy z Raczkiem przed telewizorem z przerwą na małą pieszczotę :-) - cudownie jest przytulać się do mojego męża... Zaliczam dzień wczorajszy do naprawdę bardzo dobrych jeżeli chodzi o moje samopoczucie - już dawno nie czułam się tak wspaniale i nie było we mnie tyle wiary w przyszłość i to, że wszystko będzie dobrze.

Ale jak wiadomo wszystko co dobre... Gorzej zaczęłam się czuć koło 22. Zaczął pobolewać mnie brzuch i oczywiście panika. W nocy budziłam się wiele razy na siusiu, a później nie mogłam zasnąć z powodu bólu brzucha. W sumie teraz jest 10 rano, a ja już jestem nieźle wystraszona tymi bólami. Zjadłam śniadanko i skonsumowałam nospę i magnez. Chyba będę pół dnia leżeć.

A po południu przyjdzie mój Raczek i znów będzie mnie pocieszał i przytulał - to takie cudowne. Kocham mojego mężą przeogromnie i mam nadzieje, że tak cudownie będzie między nami już zawsze... Od listopada będziemy już we troje i będzie jeszcze cudowniej :-D.

poniedziałek, 05 czerwca 2006
5 czerwca 2006 r. - 17 tc 5 dc

Zaczynam.

Zaczynam dopiero dzisiaj, bo wcześniejsze lęki i niepokoje spisane są na papierze.
Teraz zresztą jest dobry moment.

To my:
- ja - Viva - akutalnie w 18 tygodniu ciąży,
- mój mąż - Raku - w ciąży razem ze mną.
W sumie więc jest nas troje, ale trzeciego nie przedstawiam jeszcze, żeby nie zapeszyć.

18 tygodni to w sumie spory kawałek czasu, a jednocześnie tak niewiele. Mogłabym się już przyzwyczaić do tego, że jestem w ciąży i przestać się bać, a nie potrafię. Kiedy tylko zaczynam się cieszyć ogarnia mnie paniczny strach, że ta radość zostanie przerwana i pozostanie tylko rozpacz.
Moje maleństwo już kochane jest najbardziej na świecie. Modlę się o to, aby rozwijało się prawidłowo i rosło zdrowo u mnie w brzuszku. Przypuszczam, że z tych nerwów od 2,5 tygodnia non stop choruje i nie mogę się pozbyć kaszlu.
Dziś jest ten dzień kiedy zaczynam brać się za siebie.

Mój Raczek wczoraj powiedział mi wiele bardzo mądrych rzeczy, kiedy przeżywałam jeden ze swoich wielkich kryzysów.
- Ciągle się boję, że coś się stanie z naszym maleństwem - powiedziałam płacząc.
- Ja codziennie się boję, że coś stanie się tobie: porazi cię prąd, potrąci samochód albo wydarzy się inna tragedia. Ale żyję z tym strachem. Po prostu na tym polega miłość. Dbamy o siebie wzajemnie, bardzo nam ze sobą dobrze, a jednocześnie martwimy się o tą drugą osobę. - odpowiedział spokojnie głaszcząc mnie po włosach.
- Ale ja boję się wszystkiego: tego, że się rozchoruje, tego, że zabolał mnie znowu brzuch, tego, że kaszlę i wogóle wszystkiego. Jeżeli coś stanie się naszemu maleństwu nigdy sobie tego nie wybaczę.
- Nawet jeżeli coś się stanie, to tak najwyraźniej miało być. W Tobie rośnie nasze maleństwo, które ma już duszę ode mnie i od Ciebie i nawet jeżeli z maleństwem coś się stanie, to będzie znaczyło, że to nie był czas tego maleństwa, a ta dusza pozostanie w Tobie i będzie czekać na kolejne maleństwo.
Rozwyłam się wtedy strasznie. Ale nic nie mogę na to poradzić, że tak ogromnie pragnę już tego dzieciątka i nie wyobrażam sobie, że gdyby się nie udało miałabym spróbować kolejny raz.
Większość mam już na tym etapie jest zupełnie spokojna i cieszy się tylko i wyłącznie rosnącym brzuszkiem. Wierzą ślepo i właściwie nie mają żadnych wątpliwości, że wszystko na 100% będzie dobrze. Chciałabym mieć tej wiary chociaż 50%...
Dziś i tak obudziłam się spokojna. Policzyłam sobie, że jeszcze tylko 3 dni żeby zacząć 19 tc. I tak co tydzień - liczę każdy dzień i cieszę się, że już tyle udało nam się razem przeżyć. Gdy będzie to już 25 tc przypuszczam, że zagości we mnie większy spokój, a na razie boję się wszystkiego. Będę odliczać dzień po dniu i modlić się, aby udało się nam (mi i Maleństwu) być dalej razem.
Takie niestety są moje uroki ciąży, w której jestem i tak niezmiernie szczęśliwa mimo całego, przesłaniającego mi to szczęście lęku.
1 ... 26