środa, 22 sierpnia 2007
22 sierpnia 2007 r.

Poprzedni wpis przerwał mi Filip. Ten też nie będzie długi bo Fifi nie śpi tylko sili się na kupsko, ale może dokończę poprzednie myśli. Tak więc po wypadku ojca wszyscy są na niego wściekli. W sumie każdy mu pomaga (no mama robi mu obiady, my mu jeszcze pod koniec roku akademickiego woziliśmy egzaminy czy indeksy (a właściwie to ja mu egzaminy sprawdzałam i wypełniałam indeksy, a woziliśmy mu tylko prace dyplomowe do recenzji), załatwiamy za niego opłacanie rachunków itd.), ale wiem że jak mu wyciągną nogę z gipsu to... już nie będzie miał lekkiego życia. Ja wiem, że ojciec nam pomaga płacąc za chatę, ale to nie znaczy, że mam mu poświęcić wszystko i zajmować się nim jak dzieckiem, gdy coś mu się z jego własnej głupoty stanie. Zapowiedziałam mu już w szpitalu, i jeszcze mu to powtórzę tuż przed zdjęciem gipsu, że pomagamy mu OSTATNI raz, bo przecież ciekawych wystąpień po alkoholu to ojciec miał mnóstwo kiedy trzeba było później coś mu pomóc, coś załatwić itd., no to jest jego pierwszy wypadek, ale wiadomo jak to z alkoholikami - nigdy nic nie wiadomo. Więc zapowiedziałam mu, że jak jeszcze raz zobaczę, albo usłyszę że pije to dowidzenia - nigdy mu w niczym nie pomogę i będzie mógł mnie wykreślić z indeksu swoich dzieci (z uwagi na to, że Kaśka już od dawna ma go gdzieś, to nie zostanie mu już nikt do pomocy). Matka ze współuzależnienia leczyć się nie chce, bo mówi że nie ma czasu, a widzę jej zmęczenie i wieczny stres. Z tym, że ona nie tłumaczy sobie tego, że bierze się to ze współuzależnienia, tylko ze starości. Taaa. W sumie ojciec wszystkich powykańczał a sam ma się w tym wszystkim najlepiej. Ot paranoja. Dobra - kończę bo smród roznosi się wszędzie - kupa wyciśnięta - idę ją utylizować :-D. Do usłyszenia!

09:21, viva1980
Link Komentarze (1) »
wtorek, 14 sierpnia 2007
14 sierpnia 2007 r. ? :-)
Ja to jestem typ systematycznej osoby... No ale - tłumacze się wakacjami i opieką nad Młodocianym rozbieganym (na razie na szczęście tylko raczkującym :-)  ).
Ostatni wpis z dość dawna, a teraz krótko bo za 5 minut wstanie me dziecię.
Byliśmy w Warszawie drugi raz (dopiero dziś zorientowałam się że mam 2 komentarze na ten temat do poprzedniego wpisu - dzięki dziewczyny!). Teraz pojechaliśmy we trójkę - ja z Młodym na zwiedzanie, a Krzyś na zwiedzanie i rozmowę. Powiem tak - miasto dalej mnie przeraża, ale ale! nie jest tak źle jak było. Starówka, która zupełnie wyparowała mi przez lata z pamięci, podoba mi się baaaardzo! A reszta miasta też jest ok. Zwiedziliśmy starówkę, Park Saski (gdzie mieliśmy sjestę z Młodym na kocyku), Złote Tarasy (po prostu parkowaliśmy w pobliżu a gdzieś trzeba było zjeść, Park Wola (krzysiu rozmowę miał w Citi Group a więc zaraz obok) no i czekając na Krzysia zwiedzałam Cmentarz Powstańców Warszawy i Park tychże samych. Przed powrotem do Rzeszowa napadliśmy jeszcze na Ikeę po kilka drobiazgów :-). Ogólnie w porównaniu z Rzeszowem to wszystko jest duuuuże i jest duuuużo ulic (bez GPS'a nie ma się co zapuszczać samochodem bo ominięcie jednego zjazdu ze zwykła mapą grozi godzinnym krażeniem w celu nawrócenia na właścią drogę), ale jest fajnie. Trochę czuć że to ogromne miasto i smog jest jednak zdecydowanie większy niż u nas (pewnie dlatego że u nas wszystko niskie, a tam wysokie i zatrzymuje to wszystko), ale uważam, że jest symatycznie - tak cosmo... wiele języków, wiele kultur słyszy się i widzi na ulicy - to w porównaniu z Rzeszowem zdecydowana innowacja :-). Nawet się napaliłam na mieszkanie w stolicy - może to być ciekawe życiowe doświadczenie.
A z nowościu w życiu rodzinno-emocjonalno-psychicznym - mój stary nie pije! A to dlaczego? Ano dlatego, że po pijaku w nocy z 16 na 17 czerwca wlazł pod auto! Nogę ma w gipsie, złamaną w trzech miejscach. W szpitalu leżał ponad tydzień. To wogóle była masakra i nie chcę się w to za bardzo zagłębiać, bo temat trudny, ale fuks, że akurat w noc wypadku nocowaliśmy w Gliniku, bo jak zadzwonili do mamy z Izby Przyjeć ze Strzyżowa czy Jerzy N. to jej mąż i że ma natychmiast przyjechać ktoś z rodziny bo miał wypadek i wpadł pod auto (nic więcej nie powiedzieli) to moja mama była prawie nieprzytomna z mega stresu jaki ją dopadł (szczerze się przyznam że mnie też). No i wogóle jak ona by dojechała z tego zadupia do szpitala? Nijak bo nie ma prawa jazdy, nie miała wypłaconej kasy z bankomatu żeby wezwać taksówkę itd. W każdym razie przeżyliśmy 1,5 godziny mega stresu zanim się dowiedzieliśmy, że prawdopodobnie ma tylko nogę złamaną i nic więcej.

10:24, viva1980
Link Komentarze (1) »