czwartek, 29 czerwca 2006
29 czerwca 2006 r. - 21 tc 1 dc

Zaczęłam 22 tydzień... Zaczęłam pechowo i zaczynam się bać... Od rana mam narastającą biegunkę i ogólnie bardzo słabo się czuję. Nie wiem co się dzieje... A jak to symtopmy porodu przedwczesnego?! Podobno biegunka jest pierwszym symptomem zbliżającego się porodu. Bardzo się martwię o moje Maleństwo... Oby nic złego mu się nie stało. Proszę Cię Boże!

A na odprężenie wczoraj i dziś robiłam scrapka Danusi i Wojtkowi dla małej Jagódki. Miałam pokazać jak ona wygląda, a więc oto ona:


środa, 28 czerwca 2006
28 czerwca 2006 r. - 20 tc 7 dc

    Małe kopie... O rany jakie to przecudowne uczucie jak małe kopie... Moło by mnie tak kopać cały czas! Jak czuje jak ono sobie tam pływa to mi momentami łzy stają w oczach... A przynajmniej zawsze na twarzy pojawia mi się uśmiech. Nie wiem czemu Maleństwu chce się kopać w taki upał - jest niesamowicie gorąco! Ja po prostu się rozpływam i ledwo zipię. Te upały mają potrwać jeszcze conajmniej dwa tygodnie. Nie wiem jak ja to zniosę, ale poważnie zastanawiam się nad kupnem dużego wentylatora, żeby to jakoś wytrzymać. W poniedziałek na wizycie było krótko - doktore sprawdził moje wyniki, popytał o te bóle i kłócia brzucha, kazał zażywać dalej zwiększoną dawkę magnezu po czym przebadał ginekologicznie a następnie zrobił szybkie USG - tylko po to, żeby pokazać że bije serduszko. Widziałam bijące serduszko na ekranie i to naprawdę było wiele... Oby to serduszko biło tak już zawsze! Wczoraj miałam spadek formy. Zaczęłam się bać, że coś się stanie. Że łożysko się odklei, że Maleństwo umrze w brzuszku, że pępowiną się okręci, że będę mieć zatrucie ciążowe i wogóle... Modlę się cały czas żeby nic takiego się nie stało, żeby wszystko było dobrze a dziecinka zdrowa. Kocham Maleństwo już strasznie i mam nadzieje, że wszystko będzie dobrze. Po za tym nic nowego się nie dzieje - w taki upał przejawiam niemalże zerową aktywność w jakiejkolwiek dziedzinie - nie sprzątam, mało gotuję, nie robię nic, tylko siedzę przed komputerem albo leżę w łóżeczku. Aha - no bo oczywiście mam na to wszystko czas bo wzięłam zwolnienie z pracy :-) Już prawdopodobnie do końca ciąży :-) Już nie chce mi się pracować - nie w takich warunkach. Kluz nie robił żadnych problemów - dał od razu, mówiąc że w takich upałach to nikt nie wytrzymuje, a co dopiero kobieta w ciąży. Jutro zacznę 22 tydzień... A w sobotę USG połówkowe u Piękosia... Zobaczymy co będzie. Bardzo jestem ciekawa a jednocześnie dosyć się jednak boję... No nic - mam nadzieje, że wszystko będzie dobrze :-D

12:28, viva1980
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 26 czerwca 2006
26 czerwca 2006 r. - 20 tc 5 dc

    Dawno już nic nie pisałam... A tak jakoś. Chora byłam oczywiście. Ale już mi przeszło. I mam nadzieje, że już na cacy amen.  

    Upały są niesamowite - spływa po mnie wszystko. Siedzę właśnie w domku chociaż jest poniedziałek, godzina 14.40, bo na piątek i poniedziałék wzięłam urlop. Nie mogę wytrzymać w rpacy w tych upałach - po prostu mdleje niemalże z wycieńczenia. W domku kiedy chcę się położę, kiedy chcę wezmę prysznic...

    Dziś mam wizytę u ginka - u Kluza. Nie mogę się doczekać co powie, ponieważ ostatni tydzień w związku z niesamowicie potwornie mocną infekcją kataralną i smarkaniem strasznie bolał mnie brzuch. Teraz mnie kłuje niemiłosiernie w nocy np. Ale na szczęście dziś wizyta i wszystko isę sprawdzi...

    Czuję moję Maleństwo już od 16 czerwca... To niesamowite - po prostu niesamowite. Wspaniałe uczucie nie dające porównać się z niczym. Jak taka mała rybka buszuje sobie w brzuszku wypychając mamę raz na jakiś czas z każdej strony. Wspaniałe doznanie. Już wiem, o czym mówiły kobiety, że jest to niesamotie odczucie... Czekam, aż mój Krzynio będzie mógł to poczuć rączką. Mam nadzieje, że już niebawem.

    Wczoraj byliśmy w Rożkach - jak już pisałam Danusi malutka urodziła się 9 czerwca. Jest piękna! Mogłam tam siedzieć i patrzeć na nią wieki. Jest cudowna. My też z Krzysiem będziemy czekali na takie własne szczęście... Później wkleje zdjęcia małej tylko muszę je lekko obrobić, bo nie używaliśmy lampy przy Maleństwie i trzeba je popodjaśniać.

    Dziś jedziemy zamawiać okna - będzie remont. Fajnie - może to mnie trochę uspokoi i urealni wizję Maleństwa. Czy mu tam dobrze u mnie w brzuszku? Czy jest zdrowe? Czy rowzija się prawidłowo? Wciąż dręczą mnie te pytania, ale coraz bardziej udaje mi się wirzyć w jasną przyszłość :-) Cieszę się, że Krzyś dziś wejdzie ze mną do gabinetu i zobaczy Maleństwo na ekranie - nie widział jeszcze od 11 tygodnia - a ja od tego czasu widziałam już 2 razy... Wspaniałe przeżycie...

    Robiłam badania w piątek - spadła trochę hemoglobina, ale nadal jest ok. Nie mam przeciwciał przeciw toxo - niesamowite. Ja wieśniak - całe dzieciństwo u jednej albo u drugiej babci, spanie z kotami, jedzenie z kotami, rycie w ziemi i zżernie truskawek, poziomek i innych takich prosto z krzaka i nie mam przeciwciał... To niesprawiedliwe... No ale grunt że nie choruje. Poza tym kolejnym razem zrobię sobie jeszcze cytomegalię, której się momentami panicznie boję, ale mam nadzieję, że też wszystko będzie ok.

    Wieczorem bądź jutro opiszę jak wizyta u ginka :-D.

14:57, viva1980
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 19 czerwca 2006
19 czerwca 2006 r. - 19 tc 5 dc

Już chwilę nic nie pisałam - to dlatego, że jestem chora... Zaraziłam się w końcu od Krzysia i tak to choruje własciwie od piątku po połuidniu do teraz. Cudem przechodzi mi gardło - najgorszy jest katar. Smarkam tak mocno i tak często, że napinają mi się wszystkie mięsnie brzucha. Od wczoraj od popołudnia brzuch boli mnie prawie non stop, jakoś tak dziwnie boli. Zaczynam się panicznie bać, że coś się stanie naszej Perełce najsłodszej. Modlę się, żeby te bóle przeszły... I katar zniknął... I żebyśmy już wszyscy byli zdrowi... Prosze Boże...

piątek, 16 czerwca 2006
16 czerwca 2006 r. - 4 rano...

Całą noc dzisiaj nie mogę spać - zdarza mi się to po raz pierwszy od bardzo dawna... Właściwie od ponad roku nie miałam czegoś takiego. Do godziny 1 w nocy nie mogłam zasnąć, od 3 nie mogę usnąć ponownie... Nie śpię. Czuje się fatalnie, strasznie się tym denrewuje... Mierzyłam temperaturę zaraz po przebudzeniu jak nie mogłam usnąć, bo mnie bardzo bolało gardło - 36,4... Takiej temperatury też nie miałam już bardzo dawno. Zaczynam się porządnie bać... Co się znowu zaczyna dziać?!... Ja już nie mam na nic siły... Boże - prosiłam Cię wczoraj żebyś pozwolił mi już być zdrową i radosną, przynajmniej na jakiś czas - dlaczego to nie może się spełnić?... Czy wymagam zbyt wiele... Chciałabym tylko być zupełnie zdrowa i dobrze funkcjonująca, a nie mogę. Załamuje się...

A wczoraj od południa było tak pięknie... Czemu ja nigdy nie mogę się niczym cieszyć dłużej niz chwilę...?

czwartek, 15 czerwca 2006
15 czerwca 2006 r. - 19 tc 1 dc

Dziś zaczynam 20 tydzień ciąży!! Zaczynam drugą połowę!! Cieszę się niezmiernie, chociaż oczywiście mój humor i radość mogą ulec zepsuciu... A mianowicie tak jak wczoraj pisałam - jak przyszedł Krzyś z pracy bardzo mnie zdenerwował. No to w nocy wkurzył mnie jeszcze bardziej. Zaczęło się od tego, że od poniedziałku dobrego słowa od niego nie usłyszałam tyklo non stop marudzi i ma minę jakby na kaktusie siedział curva cały czas. No ale nic. Znosiłam to dzielnie kładąc to na karb jego choroby. ALE DO CHOLERY JAK SIĘ CHORUJE TO TRZEBA COŚ ROBIĆ ŻEBY WYZDROWIEĆ, A NIE TYLKO MINĘ UDRĘCZONEGO PROSIACZKA I NA WSZYSTKO NARZEKAĆ!! A więc tak: po pierwsze po pracy, z której notabene wychodził 25 po trzeciej, zadzwoniłam do niego na komórkę, żeby jednak nie jechał dziś wybrać kasy i zapłacić mandat bo obiad mi się rozgotuje. Marudzenie: "Ale ja miałem właśnie dziś zapłacić. Bla bla bla" zbyłam lekko, że ma jechać prosto do domu. W końcu pierwszy raz od dawna gotowałam kalafior i co ja poradzę, że ugotował się szybciej niż przypuszczałam, a mandat do cholery już dwa miesiące opłacamy więc jak opłacimy dzień później to się nic nie stanie. No dobra. Wrócił. Ja misternie przygotowywałam obiad żeby świetnie wyglądał, a ten wchodzi, patrzy na kalafior i stęka "ło Jezu...". No nic - dalej ignoruje. Następnie mówię:

- Patrz jaką pyszną mam dla nas kolację! - i z niekłamanym entuzjazmem, pokazuje mu przydźwigany wielki kosz truskawek.

- To może zjemu jutro na obiad? - bez specjalnego entuzjazmu riposta.

- Nie wiem, czy jutro obiad będziemy jedli w domu.

- A gdzie mamy jeść?

- Nie wiem, może w Gliniku - zawieźlibyśmy kolejną część rzeczy bo remont już blisko.

- Zgupiałaś? Daj mi do cholery wyzdrowieć. Albo nie - ja mogę jechać - jako kierowca, a ty będziesz to wszystko dźwigać i zasuwać po 5 razy w te i spowrotem.

No i to ostatnie zdanie przewarzyło szalę. Tego już curva było za dużo. Całkowity brak wogóle jakiegoś szacunku. Zabrzmiało to tak jakby tylko mi zależało na tym dziecku, a on miał już to wszystko w dupie, bo teraz on biedny kaszle i trzeba się nad nim litować a ja mam sobie i ść i dźwigać. Rozpłakałam się, poszłam jeść przed komputer, a świni powiedziałam, że niech je jak chce, a jak mu nie pasuje to niech sam sobie obiad zrobi.

A teraz przedstawie o co mi chodzi (co przedstawiłam mu chwilę później zanim wyniosłam się z obiadem). Nie powiedziałam, że pojedziemy do Glinika na pewno. Powiedziałam "może" uzależniając to od tego jak Krzyś się będzie czuł. Ale co się okazało dziś - JAK SIĘ MA CURVA CZUĆ JAK NIE ROBI NIC ŻEBY CZUĆ SIĘ LEPIEJ?! Teraz śpi - ciekawe czy siedzenie prze komputerem w nocy do 4 rano go wyleczyło... Bo ja do cholery, żeby wyzdrowieć bez antybiotyku, to po pierwsze piję na zmianę herbatę z lipy i z czarnego bzu, inhaluje się, zasuwam mleko z miodem i czosnkiem, leżę w łóżku, ssam tabletki na gardło, a hrabia Krzysztof łyka syrop przeciw kaszlowy (który jak dobrze wiemy nie ma żadnych właściwości leczniczych a jedynie ma zapobiegać dalszemu podrażnieniu gardła przez kaszel) i cirrus na katar. No ch..j mnie szczelił dziś w nocy. Bo skoro ja się cały czas denerwuje, że się zarażę, ale znoszę tego curva marudzącego smętka z oczkami tak umęczonymi chorobą jak kot ze shreka, i przygotowuje mu jak pamiętam herbatkę, co wieczór mleczko z miodem i czosnkiem i latam koło niego na palcach, a ten ze swojej strony nic, to ja nie wiem. Od poniedziałku dźwigam ze sklepu ciężkie siaty bo ktoś zakupy musi robić, sprzątam, piorę, gotuje a tu nic - nawet pocałuj mnie w dupe za to tylko wieczne marudzenie "trzeba poodkurzać, nie lubie kalafiora, co to za syf itd". No a właśnie wczoraj po tej kłótni poobiedniej stwierdziłam, że zobaczę jak mój Krzyś chce się sam wyleczyć jak najszybciej żeby mnie nie zarazić. I NIC!! CURVA NIC!! Najdrobniejszego gestu - zero ziołowych herbatek, zero inhalacji, w nocy zero mleka z miodem, zero czosnku. I NAWET ZERO LEŻENIA W ŁÓŻKU!! Za to do 4 rano komputer... NO i teraz jest po 10 rano. Śpi jak zabity. A moja radość z początku drugiej połowy ciąży została niestety przytłumiona mocno przez tego jak się okazało wczoraj i dziś w nocy idiotę. Czekam na pójście do Kościoła. Wybieram się na 10.30. Chciałam iść z Krzyśkiem, ale po pierwsze śpi, a po drugie zaczęłoby się od marudzenia po co, czy nie mogę sama i wogóle. Bo on nie widzi potrzeby pomodlenia się za nasze Maleństwo ukochane aby druga połowy była równie udana jak pierwsza. Bo wogóle jak będę umierać jak albo nasze Maleństwo to Krzysiu się nie będzie modlił do Boga tyylko chyba do lekarzy konowałów żeby oni sprawili cud. No ale to jest kwestia na osobną dywagację, i nie będę się teraz nad tym rozwdozić. W każdym razie zależało mi na tym, żeby poszedł dziś ze mną do Kościoła, bo to akurat zaczynam drugą połowę ciąży i przypada takie piękne święto jak Boże Ciało, ale jak widać dupa zbita.

Dobra - kończę te żale - ciekawe czy w dzień skończą się wybuchem i się popłaczę. Spadam do Kościoła.

Maleństwo trzymaj się - bo widać jak się nie denerwuje chorobami to twój tatuś uważa że mi za dobrze i muszę się denerwować jego idiotyzmem i całkowitym brakiem empatii... No cóż...

14 czerwca 2006 r. - 18 tc 7 dc

Jakoś minął ten dzień. Na początku było rewelacyjnie, bo do przyjścia Krzysia czułam się świetnie. Jak przyszedł, a ja czekałam na niego z pysznym moim zdaniem obiadkiem (kalafiorek z masełkiem i bułką tartą, jajko sadzone i ogórki) to po prostu mnie tak wkurzył, że do 18 płakałam. Nie powiedziałam mu dlaczego, po prostu płakałam, a o 18 poszliśmy na spacer (oczywiście ja go wyciągnęłam). Po spacerze humor miałam trochę lepszy, ale daleko mu do ideału. Ok. 23.30 poszłam spać...

wtorek, 13 czerwca 2006
13 czerwca 2006 r. - 18 tc 6 dc

Znów jestem w nerwach... Do południa dzień był super - jak wczoraj. Poszłam nawet na spacer do Reduty zrobić sobie małe zakupy, stamtąd po 15 odebrał mnie Krzyś wracając z pracy, wróciliśmy do domu, zjedliśmy obiad i... zaczęłam kaszleć. Stoi mi coś cały czas w gardle co zmusza mnie do kaszlu (chociaż kaszel jest zupełnie suchy) i to drażni mi gardło. Zrobiłam już inhalacje, zjadłam witaminki - i nic... zero poprawy. Oczywiście jestem zrozpaczona, że się rozchoruje. Do tego dochodzi jeszcze bolący brzuch. Nie mam już sił. Nie wiem czemu non stop choruje, a wiem że czuje się dobrze tylko wtedy, jeżeli nie choruję.

Właściwie dziś po raz pierwszy zezłościłam się na Krzyśka - nie pokazałam mu tego po sobie ale naprawdę się wściekłam, że jest chory. W związku z tym, że rozdrapało mnie gardło stwierdziłam, że będzie jak ostatnim razem - on zacznie zdrowieć, a ja się rozchoruje. Tylko, że on może sobie jesć polopirynki i brać antybiotyki a ja nie. I pierwszy raz trafił mnie na niego szlag w myślach - bo jeżeli ja robię wszystko dla naszego kochanego Maleństwa i staram się jak mogę nie chorować, to czemu on nie może o siebie trochę zadbać?! Trochę więcej ruchu! Mniej siedzenia dupą przed komputerem i wysuszania śluzówki! Do tego sprawiał takie wrażenie jakby miał do mnie prtetensje, że jest chory, a wczoraj cały dzień mnie wkurzał. Chodził i wydzierał się na mnie co chwila albo sypał jakieś docinki jakby się curva wogóle nie przejmował faktem, że jestem w ciąży i się panicznie boję, ze się zarażę i znowu rozchoruje. No przecież do diabła nie mogę dwa miesiące chorować. No ale już mi ta złość trochę przeszła... Teraz po prostu chce mi się siedzieć i płakać. Jestem bezsilna wobec wszystkich chorób, które mnie atakują i nie mogę ich powstrzymać. A tak bym chciała... Boje się, że to wszystko w końcu zaszkodzi naszej małej Dzidzi...

Wogóle to zaczynam czekać z utęsknieniem na kolejną wizytę u ginekologa, a to dopiero 26... No nic - jakoś wytrzymam.

W piątek wracam do pracy. Dziś dzwoniłam. Nie jest źle - czeka mnie cała szafa i całe biurko roboty. Okazało się, że kierowniczka wywalczyła sobie do wydziału znowu Maślankę, uzasadniając u Prezesa to tak, że jestem w ciąży, już poszłam na zwolnienie i pewno już nie wrócę. I bardzo dobrze - wcale nie mam zamiaru wyperswadowywać jej tego przekonania. Popracuje jeszcze może do końca czerwca, może do połowy lipca i spadam z tego debilnego sądu. Zresztą siedzę curva na zwolnieniu już dwa tygodnie ponad i okazuje się, że nikt nie robi moich akt bo kierowniczka wyszła z założenia, że "jak się tak wakacjuje to wrócę wypoczęta i pełna energii i będę zapieprzać" - zdziwi się. Mam już dość pokazywania wszystkich jaka jestem dobra, dokładna, szybka i wogóle. Będę taka jaka powinnam być za 650 zł - tzn. 4 godziny pracy i cztery godziny przerwy. Skoro jestem taka rewelacyjna, to trzeba mnie było docenić dając mi wyższe wynagrodzenie niż szczeniakom po maturze!

Aż mnie trochę poniosło... No nic - mam nadzieje, że zbudzę się jutro rano i jeżeli gardło nie będzie zupełnie czyste to przynajmniej nie będzie gorzej. I że Krzysiek w końcu wyzdrowieje a nie będzie najbliższy tydzień tak na mnie charczał dopóki nie zaraz mnie kompletnie...

I tak cię kocham misiu - i to przeogromnie! Może się zdenerwujesz na to co właśnie napisałam, ale nic ci nie poradzę na to, że tak właśnie dziś myślałam. Ostatnio i tak mocno bagatelizujesz moje lęki i masz to wszystko gdzieś. A ja nie przestałam się bać, a jak choruje boję się dużo bardziej!

Aha - zapomniałam się pochwalić - skończyłam dziś mój komplet lusterko i dzbanek w róże z czarnymi kwadracikami. Poniżej zdjęcie. Zdjęcie niezbyt piękne bo robiłam na szybko, ale całość prezentuje się mniej więcej tak, przy czym polakierowane na razie jest tylko 3-krotnie lakierem akrylowym, jeszcze conajmniej dwie warstwy poliuretanu, ale na razie nie chcę się zasmradzać.

A przy okazji zgrywając zdjęcia z aparatu przeglądnęłam zdjęcia z komunii Dominika. Znalazłam zdjęcie mojego Krzysia, które sama mu robiłam, a na którym wygląda boooskooo... Krzysiu jesteś MEGA przystojny!


poniedziałek, 12 czerwca 2006
12 czerwca 2006 r. - 18 tc 5 dc

Dziś kolejny dzień emocjonalnego wyżu! Jestem happy. Dobre i to w tym całym moim lęku i załamaniu. Mam nadzieje, że takie dni pozwalają się Kruszynce zdrowo i dobrze rozwijać.

Krzysiu jest chory... Kompletnie chory. Był u lekarza, ale w związku z tym że antybiotyk przyjmował równo miesiąc temu to powiedział, że antybiotyku nie chce. Ani zwolnienia, bo wtedy mniej płacą. Zrobiłam mu właśnie inhalacje - męczy się nad garem :-) Niech zobaczy co ja miałam prze poprzednie 3 tygodnie. Jak się od niego zarażę będzie się inhalował ze mną! CODZIENNIE!

Kocham mojego misiaczka ogromnie - właśnie zapłacił mi za bluzki ciążowe kupowane na allegro - sklepy w Rzeszowie to jakaś katastrofa - zwykła bluzeczka bawełniana 80 zł. Z tej miłości wielkiej zrobiłam mojemu kochaniu dzisiaj żurek. Pierwszy raz w życiu robiłam żurek i muszę przyznać, że zdolna bardzo jestem. Żurek w smaku relewacyjny. A podany z odsmażanymi ziemniaczkami, warzywkami z wywaru i wędzonym gotowanym żeberkiem - MIODZIO.

Mam wrażenie, że Kruszynka kopie czasami, ale nie chcę ulegać złudzeniu - może sobie to po prostu wmawiam, może to co czuje to zupełnie coś innego. Niesamowite mieć w sobie Ktosia - tylko teraz jesteśmy tak blisko, a ja o Ktosiu nic nie wiem. Nie wiem czy mu dobrze, nie wiem czy się dobrze rozwija, nie wiem czy go nic nie boli - nie wiem nic. Bliskość jest niesamowita. Właściwie nie mogę uwierzyć, że Ktoś rośnie w śroku mnie! Czasami czuje się jak Seagourny Weaver w "Obcym" (bodajże w "Ósmym pasażerze..." była w ciąży z obcym). Jest to uczucie nie do opisania. Jestem szczęśliwa, że go doświadczam. Mam nadzieje, że więcej dni będzie pogodnych jak dziś i że nie będę już na nic chorować...

Kotku kochany - czytasz raz na jakiś czas to co pisze Twoja żona? - KOCHAM CIĘ NAJMOCNIEJ WE WSZECHŚWIECIE!!

niedziela, 11 czerwca 2006
11 czerwca 2006 r. - niedziela cz. 2

I stało się dokładnie tak jak myślałam - cała reszta niedzieli była i jest nadal tragiczna. Kryzys mam przepotężny. Nie mogę zapanować wogóle nad sobą, myślami, nerwami, lękiem - nad niczym. Kiedy tylko na moment się uśmiechnę zaczyna się coś dziać - rozboli mnie nagle brzuch, zacznie boleć gardło, zrobi mi się słabo, czy zacznie mnie swędzieć górna warga i będę bać się opryszczki, tak jak to się z rana zaczęło i tak było przez cały dzień.

Jestem załamana... Bardzo boję się o moje Maleństwo... Chiałabym zasnąć i obudzić się za 5 miesięcy z Maleństwem na piersi... Tak bardzo się boje...

Krzysiu jest zupełnie chory - gorączka, straszny kaszel, katar. Czemu do jasnej cholery cały zeszły rok wogóle nie chorował a w tym roku choruje już drugi raz w ciągu 1,5 miesiąca? Boże zrób coś - przecież to wszystko mnie dobije.

Chciałabym być dzielna dla mojego męża, a nie potrafię... Jest mi z tym tak bardzo źle...

Wypiję mleko z miodem i zjem czosnek, następnie przyjmę łyżkę hydroksyzyny (już drugą dziś - od bardzo dawna (tj. od jakichś dwóch miesięcy) nie łyknęłam dwóch łyżek z rzędu) i spróbuję spać, może sen mi pomoże...

 
1 , 2