niedziela, 20 maja 2007
20 maja 2007 r.

    Curva, curva, curva! Dlaczego moje życie nie jest po prostu proste? DLACZEGO? Dlaczego inni są szczęsliwi i wszystko im się układa, a jak jak myślę że mi się układa, to nagle wszystko wali się na łeb? NO KURWA DLACZEGO?

A zaczęło się to tak, że podczas dzisiejszego kąpania Fifiego rozmawiałam sobie z Krzyśkiem, że fajnie było by zmajstrować drugiego bobka tak gdzieś koło wakacji, co by urodził się na wiosnę i Fifi miał tym samym rodzeństwo, a zresztą ja chciałabym urodzić jedno dziecko po drugim, bo potem to już nie będzie mi się chciało bawić w pieluchy i tam takie. No i tak sobie słodko marzyilśmy, mały poszedł spać i dzwoni telefon. Moja mama. Oznajmia mi, że wyprowadza się z Glinika i wprowadzi się do nas (czyli do nich, bo ja wiem że to ich mieszkanie) i będziemy sobie mieszkać razem bo ona już z ojcem mieszkać nie chce, bo on jest nienormalny, tylko chla, wogóle jej nie szanuje, itd. Dobra - ja to wszystko wiem, ale jednak pewne rzeczy sobie w życiu poukładałam: remont, trzy pokoje, wszystko odnowione i na swoim miejscu, świetnie i pięknie, żyjemy sobie sami i jest super. ALE NIE - bo wprowadza się do nas mama! Ja kiedyś myślałam o takiej opcji i wiedziałam, że kiedyś to mieszkanie stracimy, ale NIE KURWA TERAZ! I chciałam się do tego jakoś przygotować a nie telefon: "chyba zamieszkam z Wami". Mamie nic nie powiedziałam, no bo jak, ale moje życie właśnie po razy tysięczny legło w gruzach z powodu rodziców i wszystkie plany poszły się je..ć! Przepraszam za przeklinanie i rynsztokowy język, ale jestem w emocjach ogromnych. Chce mi się płakać i jarać i TYLE! Ale bardziej jednak płakać. Jest mi smutno i źle. Nic więcej dziś nie napiszę. Pa!

21:36, viva1980
Link Dodaj komentarz »
sobota, 19 maja 2007
19 maja 2007 r.

    No i znowu trochę mnie nie było. Byłam trochę tu, trochę tam, ale generalnie więcej tam, czyli konkretnie w Gliniku. Nastały na nas ciężkie czasy, tzn. Młody zaczął ząbkować. Nie mam czasu na nic, kompletnie na nic, TRAGEDIA. Młody non stop marudzi albo popłakuje. Najgorsze są noce - ostatni raz wstawałam co dwie godziny chyba ze 4 tygodnie temu. Teraz jest czasami tak, że przez 3-4 godziny wstaję co 15 minut żeby przytulić Młodego do cyca, bo na leżąco nie weźmie - musi być w ramionach mamy... Padam ze zmęczenia i niewyspania. Nie wiem jak długo jeszcze tak pociągnę. Na razie na wierzchu jest z milimetr PRAWEJ DOLNEJ JEDYNKI (piszę tak dokładnie, żeby później łatwo można było znaleźć, który ząb wyszedł pierwszy i kiedy), który wyszedł na światło dzienne dnia 14 maja 2007 r., a więc równo w "półroczne urodzinki" Filipka. Kocham Go przeogromnie, ale czasami mam tego wszystkiego już dość. Chyba z kompletnego wyczerpania... :-( Aha - zaczęłam dbać w końcu o linię - liczę kalorie i ćwiczę. Jestem na 6-tym dniu Aerobicznej 6-stki Weidera - mam nadzieję, że dam radę wytrwać 42 dni i że nic sobie tam nie uszkodzę (w końcu jak byłam po 3 miesiącach od porodu u Kluza to po USG blizny powiedział, że jest ok, ale żeby się na wszelki wypadek z brzuszkami wstrzymać do pół roku - no to pół roku minęło więc ćwiczę). Już udało mi się zrzucić dwa kilo (dieta, tzn. liczenie kalorii i nie zjadanie pustych kalorii w tonie słodyczy, czy tonie śmietany, trwa już 3 tygodnie a więc te 2 kilo (no prawie 3) to nie wynik rewelka). Mam nadzieję, że zejdę do 60 kg w ciągu 2 miesięcy (czyli jeszcze do zrzucenia prawie 9 :-(  ) i że będę zachwycona samą sobą niebawem, bo na razie o to bardzo trudno...
    No i moje Małe conieco obudziło się po 20 minutach drzemki - pomykam, bo będzie źle.

19:07, viva1980
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 10 maja 2007
MÓJ PORÓD post scriptum :-D:

    Opis był tak długi, że mi kazał edytor podzielić notkę na pół - hi hi. Sformatuje opis tak żeby miał polskie znaki i pasował do szablonu strony później. Teraz naprawdę cierpliwość mojego Filipa się skończyła.

14:43, viva1980
Link Dodaj komentarz »
MÓJ PORÓD ciąg daszy :-D

To tyle z porodu. Dalej miało być już tylko pięknie, a tymczasem... jest koszmar.

Wcale nie jest kolorowo :-(. Przeżywam straszny kryzys. Dziękuje Bogu że Fifi jest zdrowy i wogóle, ale... Jak wiadomo po cesarce leży się jak blin przez 24 godziny (po znieczleniu w kręgosłup). Hormony tez nie u kazdego zaczycnaja szybko dzialac, tak wiec jak juz wstalam (o boshee i jeszcze raz o boshe - to koszmar byl), to przywiezli mi Filipa i musialam sie nim zajmowac caly czas. Maly caly czas byl glodny (zapomnialam - 3720 gr), a ja nie mialam pokarmu, totez polozne co chwila donosily mu butelki. ja bylam pewna

ze z laktacja to jest blaha sprawa i po prostu jak pokarm naplynie to mlody zacznie jest z piersi. I tu spotkalo mnie wielkie rozczarowanie. 2 dni po cesarce pokarm sie pojawil, tyle ze zalalo mi cala koszule i taki byl z tego pozytek, bo nie mialam sily Fifiego podniesc i dostawic - byl dla mnie za ciezki a blizna tak bardzo mnie bolala ze wogole nie moglam sie ruszyc. Prosilam o

pomoc polozne, ale niestety zadna nie wyrazala zadnej checi pomocy, a na oddziale nie ma odwiedzin. Tak wiec pomysalam ze jak wyjde do domu to pomoze mi maz i potrzyma Fifiego i bedzie dobrze. No i po 3 dobach od cesarki wyszlismy do domku (wypelzlam raczej, bo ciezko to bylo wciaz nazwac chodzeniem) - to byl piatek popoludniu...

W piatek nie moglam go przystawiac bo minute po tym jak pojawilam sie w domu z Fifim i Krzyskiem pojawili sie... tesciowie. I tak siedzieli do 23 zamiast tak jak planowalam dac nam sie oswoic z Malym i wogole. Sto razy mowilam im zeby wyszli (nie mialam zamiaru meczyc sie z przystawianiem modego przy nich bo po pierwsze tesc mnie krepuje a po drugie tesciowa jak zaczeam go przystawiac i on zaczal wyc powiedziala ze mam mu dac butelke bo ona dwoch na butelce wychowala i maja sie swietnie a jak nie mam pokarmu to nie mam go glodzic i tak go przez 7 godzin nie wypuszczala z rak i nie wyjmowala mu butelki z buzi. Bylam wsciekla i bezsilna. Tak nawiasem teraz sa na nas smiertelnie obrazeni bo raz ich "wyrzucilam" za drzwi szpitala o 22 zeby pokarm odciagnac (w szpitalu bylismy w tym tygodniu od wtorku do czwartku z podejrzeniem wady serca, ale wszystkie badania wyszly prawidlowo i okazalo sie ze to falszywy alarm), i dobrze mi z tym - ani nas nie odwiedzaja ani nie dzwonia, tylko tesciowa raz sie Krzyskowi do sluchawki rozplakala ze ich nie chcemy i nam przeszkadzaja i wogole.

W piatek jak juz tescie wyszli o 23 to przeryczalam reszte nocy, ze nie tak to mialo wygladac - ten nasz pierwszy dzien w domu, pierwszy dzien razem i wogole... no ale to bylo wtedy.

A w sobote okazalo sie ze Mlody zbizyc sie do piersi za nic nie chce i tylko smoczek i smoczek. Zaczelam odciagac pokarm lakatorem (takim z apteki za 20 zl) i podawac mu z butelki, ale zeby odciagnac 10 ml potrzebowalam pol godziny i reka mi odpadala (a cyc zmasakrowany). No ale pokarm byl (chociaz zaczal zanikac

w zwiazku z tym ze 1,5 doby po pojawieniu sie nie byl ani odciagany ani Mody nie ssał piersi), wiec wyslalam Krzyska po laktator elektroniczny, zeby laktacje wybudzic. Przywiozl mi Avent Isis IQ, a ja pomyslalam ze jak rozbudze laktacje na tyle, ze bedzie tego duzo to i Mlody bedzie jadł z piersi. Nie wiedzialam, ze to wszystko nie takie proste.

Nawet jak juz z piersi w miare dobrze lecialo, to Mlody i tak nie chcial jesc, tylko butelka i butelka, a ja i tak odciagalam przez 40 minut 20 ml, wiec w niedziele od rana juz plakalam co moment. Maz wzial sprawy w swoje rece i oznajmil ze w poniedzialek rano jedziemy do poradni laktacyjnej. Pojechaismy. Tam pani probowala przystawic Mlodego do mojej piersi i udalo jej sie! No cud - 20 minut ssal jak zloto. Wprawdze ostrzegala nas ze dzieci w poradni sie popisuja i ssaja ladnie, a domu to kupa i trzeba miec mase samozaparcia, szczegolnie ze mam bardzo malo mleka jeszcze a on jest duzy i potrzebuje duzo zjesc i sie bedzie zloscil, ale wyszlismy stamtad pelni nadzieji i optymizmu. W domu oczywiscie byl dramat. Nam samym nijak nie odawalo sie go przystawic. wsciekal sie, zloscil, nie chcial chwycic za nic browadwki (trzeba mu specjalnie podawac bo nie mam wogole niemalze brodawek i wogole wszystko to strasznie bolesne bylo) i nic z tego nie wyszlo. umowilismy sie znowu z pania Filomena z poradni na wtorek. Pojechalismy i pomimo godzinnych prob nie udalo sie go przystawic. Powiedziala, ze ma bardzo silny odruch ssania, i moze za tydzien, moze za dwa, moze za miesiac uda sie przystawic, a na razie musze rozbudzac laktacje laktatorem. Takwiec od soboty rozbudzam laktacje laktatorem. Najpierw do poniedzialku do spotkania z doradca robiam to po swojemu, czyli sciagalam co 2 godziny ile sie dalo (czasami siedzialam z laktatorem w rece przez godzine,czasami przez dwie itp), a od poniedzialku robie to zgodnie z radami pani filomeny z poradni, czyli systemem 7-7-5-5-3-3, tudziez dluzej ale naprzemiennie z obu piersi co 2 godziny w dzien i co 3 w nocy. Odciagam za kazdym razem 0d 15 do 40 ml a maly je 100 ml na raz co 3 godziny, tak wiec zalamuje sie zupelnie. Wlasnie we wtorek po wizycie w poradni pani Filomena odeslala nas na izbe przyjec bo maly sinial wkolo ust i bardzo sie wystarzylismy. Zostawili nas w szpitalu do czwartku, ale wszystkie badania wyszly dobrze i powiedzieli ze taka jego uroda - odetchnelismy z ulga. A ja nawet w szpitalu walczylam z ta przekleta laktacją. I tak to w nocy z srody na czwartek zadowalam w izbie przyjec z temperatura 40 stopni i bolaca piersia... Przezylam koszmar zastoju i zapalenia, dostaam antybiotyk i musialam do rana masowac ta piers pod prysznicem (dopiero nad ranem od pani Filomeny dowiedzialam sie ze nie tak wyglada masaz piersi ze sie wyjac z bolu ja ugniata). Teraz piers boli mnie juz troche mniej, odciagania nie przerwalam ani na chwile, wiekszosc dnia i nocy spedzam z laktatorem w rece i na nic nie mam czasu, chodze zmeczona jak zombie i placze ze ilosc mleka nie zwieksza sie, a wrecz mam wrazenie ze sie zmniejsza. Czuje sie jak najbardziej wyrodna ze wszystkich matek ze wtedy w szpitau nie dalam rady i ze mimo tego ogromnego bolu nie przemoglam sie i nie przystawilam mlodego (chociaz po pierwsze nie wiedzialabym jak, pomimo szkoly rodzenia, gdzie nikt jednak nie mowil jak podac sutek jak brodawki sa kompletnie plaskie i wogole o problemach z laktacja). Mlody jest karmiony moim mlekiem z butelki a czasami go dostawiam zeby ssal przez kapturek, bo samej piersi nie dotknie w zyciu, a reszta (czyli z reguly pozostale 70-80 ml) to mleko modyfikowane. Czuje sie jak matka kategorii D i wylewam przez to morze lez :-(. Dlaczego akurat mi sie nie udalo chociaz wiedzialam jakie to dla mojego synka wazne..?? Nie wiem jak dlugo jeszcze wytrzymam z tym laktatorem. Wydalismy juz na to wszystko mase pieniedzy (sam laktator to bylo 500 zl, a do tego jeszcze sterylizator, podgrzewacz itp itd), ale pieniadze nie mialy by dla mnie zandego znaczenia, gdyby mi sie udalo karmic Filipka moim mlekiem. Wszedzie lansowane jest naturalne karmienie i jakie to wazne i wogole i to mnie jeszcze bardziej zalamuje. Dostalam ze szpitala paczke z reklamowkami dla dzieci i tam w kazdej z takich ulotek reklamowych na samym poczatku - mleko matki najwazniejsze! itd. Z kazda taka ulotka, z kazda taka notatka w internecie jest ze mna coraz gorzej. Tak bardzo kocham mojego synka, a nie jestem w stanie mu dac tego co dla niego najlepsze, wogole tego co dobre, bo przeciez Krzysiek alergik, ja alergik - i wg wszystkich internetowych informacji moj maly synek na dzien dobry skazany jest juz przeze mnie na alergie i inne takie.

No nic - jeszcze jakis czas powalcze, chociaz juz psychicznie dawno wysiadlam i jest mi z tego powodu niezmiernie smutno. Dodatkowo z niczym nie wyrabiam i chodze strasznie zmeczona,bo to odciaganie jak juz pisalam zabiera mi wieksza czesc dnia i nocy. gdybym nie wiedziala, jakie karmienie piersia jest wazne, bylabym teraz zrownowazona matka karmiaca swoja pocieche butelka. Byabym zadowolona, ze je i jest zdrowy, a tak... ehhh - nie tak to wszystko mialo wygladac.

Dobrze, ze mam pomoc w mojej mamie, ktora do tej pory przyjezdzala codziennie, albo raz na dwa dni popierajac moja walke o karmienie piersia (bo w przeciwienstwie do tesciowej jest swiadoma jakie to dobroczynne bylo by dla mlodego) i jak przyjezdza to odciaza mnie i Krzyska praktycznie ze wszystkiego - pierze, gotuje, sprzata i przewija i karmi malego a nam kazze odpoczac. teraz przyjedzie dopiero w piatek bo ma tez przeciez gospodarstwo i nie wiem jak damy rade, szczegonie ze tescie jak juz pisalam sa na nas obrazeni nie wiadomo za co a i tak o nic nie warto ich prosic bo przyjezdzaja tylko posiedziec na glowie, trzeba im herbate podawac a oni tylko mlodego na rekach bujaja, a do przewijania i karmienia to macie dzieci, bawcie sie.

Jest mi tez strasznie przykro ze miedzy nami |(mna i moim synkiem) nie bedzie tej szczegolnej wiezi o ktorej wszedzie pisza jak sie karmi piersia :-(.

Przepraszam, ze tak sie rozpisalam i zajelam pani tyle czasu na czytanie moich zali, ale juz musialam sie wyplakac jeszcze komus poza mama i Krzyskiem.

A jak Krzysiek wroci do pracy i zostane w domu sama z malym - jak ja dam rade?... Juz jak o tym mysle chce wyskoczyc przez okno.

Daczego to wszystko wyglada inaczej niz byc powinno..?"

................

Ufff... Przypomniałam sobie jak to było... Te wszystkie wizyty w poradni laktacyjnej, to jak uległam terrorowi laktacyjnemu, ten cały żal do siebie i wogóle... W związku z tym, że w chwili obecnej nic więcej nie napiszę bo moje prawie półroczne szczęście zaczyna szczebiotać nerwowo na macie obok, to napiszę tylko że od dnia 29 grudnia 2006 r. (a więc po sześciu i pół tygodniach walki) zaczęłam karmić piersią i tak jest po dziś dzień! W poradni laktacyjnej usłyszałam, że takiej determinacji i tak długiej walki o karmienie nie widzieli jeszcze u nikogo. Powiem na koniec, że nie było łatwo ale naprawdę się opłacało :-D! Reszta później :-P.

14:41, viva1980
Link Dodaj komentarz »
Jak to było 14 listopada 2006 r. czyli MÓJ PORÓD :-D!

W związku z tym, że bardzo mi się nie chce wracać do tamtych wydarzeń, przekleję mniej więcej to co napisałam w mailu do pani Arletty (wtajemniczeni wiedzą o kogo chodzi :-) ), informując od razu, że mój ówczesny stan psychiczny pozostawiał wiele do życzenia...

Przeklejam mojego dokładnego maila:

"Tak więc 13.11 nad ranem zgłosiłam się do szpitala (na Szopena), jako że dzień wcześniej zgłosiłam lekarzowi mojemu, że mnie coś swędzą łydki i brzuch i ręce, a mały coś mniej się rusza. W szpitalu pobrali mi krew do badania, jako że było 4 dni po terminie to podczas badania ginekologicznego zrobiono amnioskopie - wody były czyste, tylko zapis ktg coś płaski, więc zlecono kolejne ktg. Trafiło akurat na porę aktywności młodego, więc zapis wyszedł prawidłowy i lekarze stwierdzili, że zrobią tylko test oksytocynowy, bo nie ma się czym martwić i wszystko jest w porządku. Po południu podpięły mnie położne do pompy infuzyjnej z oksytocyną, podpięły ktg i tak dwie godzinki sobie leżałam, brzuch lekko się napinał, a ja czytałam gazetkę. Przyszedł lekarz, orzekł że na oksytocynę reaguję prawidłowo i ja i młody, zarządził odpięcie od pompy i czekanie na oddziale aż zacznie się poród, ewentualnie za kilka dni zaczną go wywoływać. No nic to -spiełam się troszkę, bo się tego wywoływania bałam, ale liczyłam na to, że wszystko samo się rozkręci, szczególnie, że byłam w wielkim stresie bo, jak już pisałam, młody mniej się ruszał. Przespałam noc, rano o 6 ktg, na którym poleżałam do 7.30 żeby zapis trochę pofalował, o 8 badanie ginekologiczne, o 8.30 amnioskopia, która trwała podejrzanie długo i nagle wychyla się spomiędzy moich nóg lekarz, patrzy na mnie i oznajmia "rodzi pani z mężem?", ja na to patrząc na niego przez pryzmat krocza "taaa", i słyszę: "to pani po niego dzwoni bo dziś musi pani urodzić - wody są zielone". W jednym momencie łzy stanęły mi w oczach i zaczęłam sie trząść ze zdenerwowania, zwlekłam się z fotela w szoku, że to już i że dziś zostanę mamą, chociaż nie miałam jeszcze ani jednego skurczu ani nic, chwyciłam komórkę, zadzwoniłam do Krzyśka żeby natychmiast przyjeżdżał ze swoim zielonym wdziankiem i aparatem i wróciłam na blok porodowy, gdzie byłam badana, dowiedzieć się co dalej. A tam zanim zdąrzyłam się o cokolwiek zapytać usłyszałam tylko jak lekarz mówi położnej "Ta pani ma dziś urodzić i to w ciągu masymalnie 10 godzin, bo wody są naprawde brudne, proszę zaczynać". Przestraszyłam się jeszcze mocniej, bo sporo się człowiek naczytał o niedotlenieniach okołoporodowych i wogóle. Położne zaczęły standardowe przygotowanie do porodu, czyli lewatywa, etc.

Wróciłam po lewatywie na blok porodowy. Okazało się, że jest już mój Krzyś, ale wejść do sali porodowej nie może, bo jakaś tam laska na łóżku obok miała test oksytocynowy. Tak więc samą mnie podpięli do ktg i wpięli pompę z oksytocyną.

Przez godzinę sobie leżałam tak na łóżku porodowym cholernie niewygodnym i zastanawiałam się czemu na mnie ta oksytocyna nie działa, bo tylko brzuch mi się lekko napinał co jakiś czas, a ja wciąż się denerwowałam że jeszcze nie rodzę, a już muszę bo każda godzina szkodzi Małemu. Po godzince wszedł lekarz, popatrzył na zapis, podszedł do pompy i podkrecił oksytocyne. Spływała na moich oczach i już po kilku pierwszych mililitrach dowiedziałam się co to jest skurcz. Dodatkowo lekarz przebił pęcherz, a następie podłączył do główki mojego synka sonde, która miala za zadanie robić EEG (chyba) zapisywane na wielkim jeżdżącym monitorze obok. Wody były faktycznie syfiaste, że hej, dlatego mój lekarz zadecydował o wpięciu tej sondy, która ponoć daje dokładniejszy obraz stanu dziecka niż ktg. No i zaczęło się. Skurcze rozchulały się na dobre w ciągu 15 minut, a ja zaczęłam czuć ćmienie w kręgosłupie. Dochodziła godzina 10. O godzinie 11 skurcze były już co 2 minuty i trwały po 30 sekund, a ja zaczęłam czuć taki ból kręgosłupa, że myślałam, że zejdę. Podczas skurczu wogóle nie mogłam oddychać taki to był ból. Przerwy między skurczami były coraz krótsze, a skórcze coraz dłuższe. Gdyby nie te bóle krzyżowe pewnie było by ok, ale ten ból był nie do zniesienia - szczególnie, że musiałam leżeć na wznak ze względu na podpiętą sondę. O 12 pozwolono wejść do sali mojemu mężowi ponieważ zaczęłam krzyczeć z bólu, a panna z łóżka obok skończyła test oksy. Jak przez mgłe pamiętam tylko, że położna (straszna szuja - inaczej jej nie nazwe) mówiła do mnie co chwila żebym oddychała, bo dusze własne dziecko, a ja po prostu nie mogłam zrobić nic taki ból mnie rozrywał. Skurcze trwały po 1,5 minuty, a odstępy między skurczami 40 sekund - byłam pewna, że zaraz urodzę. 12.40 na salę weszła dyżurujaca na owej sali pani doktor, popatrzyła jak zwijam sie z bólu, przebadała mnie i oznajmiła, że rozwarcie dalej jest na opuszek palca. Wiedziałam już co to znaczy, bo położne między sobą szeptały wcześniej, że po co tak dziewczynę męczyć jak to i tak bedzię cesarka. Pani doktor powiedziała położnym aby zadzwonily po Tomusia (mój lekarz prowadzący -dr Kluz) żeby robił cesarkę bo poród stoi w miejscu. Wszystko pamiętam jak przez mgłę. Pamiętam tylko, że bardzo niepokoiłam się o małego i zwijałam się jednocześnie z bólu na tym cholernie niewgodnym łóżku. Dali mi do wypełnienia jakąś ankietę i jakieś dokumenty do podpisu. Bogu dzieki był ze mną Krzysiek bo przecież ja byłam nieprzytomna i nawet długopisa w ręce nie byłam w stanie utrzymać. Wszystko toczyło się już błyskawicznie - mąż wypełniał ankietkę, ja byłam golona, wyciągnięto sonde, położna założyła mi cewnik, zwleczono mnie z tymi skurczami z łóżka i dając worek od cewnika w rękę kazano przejść do sali naprzeciwko. Tam już czekała cała przygotowana do cesarki ekipa, momentalnie dano mi zastrzyk w kręgosłup i rozłożono na łóżku. Cały czas mówiłam pani anestezjolog siedzącej obok mojej głowy, żeby powiedziała lekarzom którzy już nade mną stali, żeby mnie jeszcze nie cięli bo ja wszystko czuję. Tymczasem czułam tylko grzebanie w brzuchu (bleee) i ugniatanie brzucha.

Młodego nie było łatwo wyciągnąć bo nacięcie okazało się zbyt wąskie bo młody duży i trzeba było to nacięcie poszerzyć. Mój syn URODZIŁ SIĘ O GODZINIE 12.55! Jak już go wyjęli czekałam tylko na jego krzyk - i w końcu krzyknął - no wiekszej ulgi nie czułam nigdy w życiu. Dalej to już wiadomo - na moment przystawili mi go do policzka, ja usłyszałam przez mgłe miły głos pani anestezjolog "zaraz pani zaśnie", a następnie obudziłam się na sali pooperacyjnej (a właściwie w drodze na nią). cdn.


14:40, viva1980
Link Dodaj komentarz »
No i znowu...

      Znów na 3 miesiące zapomniałam, że prowadzę boga. Bardzo mi na tym zależy pamiętając jak mi pomógł wcześniej, więc chyba się zmobilizuję i zacznę już być w miarę systematyczna.

    Może zacznę od najciekawszego wątku, czyli od opisu tego co stało się prawie 6 miesięcy temu, 14 listopada 2006 roku o godzinie 12.55 czyli jak wyciągnięto ze mnie moje największe szczęście czyli Filipka :-D.

14:31, viva1980
Link Dodaj komentarz »